Witajcie w Świecie Mestyrii

Dziś chciałam wam zaprezentować fragment powieści, nad którą obecnie pracuję.  Przy owej partii tekstu miałam okazję współpracować ze wspaniałą redaktorką i publicystką, Justyną Karolak – zachęcam do zajrzenia na jej stronę karolakowo.pl 🙂 Znajdziecie tam wiele pomocnych i ciekawych artykułów.

Niestety edytor tekstu na blogu ma ograniczone opcje, więc wcięcia akapitów musiałam dodawać ręcznie (o zgrozo!), by jako tako doprowadzić tekst do porządku. Być może nie dostrzegam jakiegoś magicznego przycisku. Mimo to mam nadzieję, że tekst jest raczej czytelny. No i życzę miłej lektury!


MAPA2

1338

    Lederg brnął przez gęsty bór porastający ośnieżone wzgórza i z uwagą przyglądał się notatkom. Mapa, którą naszkicował na pergaminie według wskazówek mieszkańców okolicznej wioski, wskazywała, że powinien znajdować się już blisko wejścia do groty. Dla niego jako badacza jaskinie miały szczególną wartość. To w ich wnętrzach kryła się rzadka roślinność, niespotykane nigdzie indziej drogie kamienie, minerały i przepełnione magią miejsca. Akademia płaciła niemało za jego wyprawy i miał nadzieję, że i tym razem po powrocie będzie mógł pochwalić się wieloma odkryciami. Wyruszył dwie fazy temu, a Purga – wieś na dalekiej północy Nivelos – oraz jej okolice miały być zwieńczeniem podróży. Zależało mu, by wynieść z tych terenów jak najwięcej informacji.

Ukrył notatki w dużej podróżnej sakwie, teraz częściowo opróżnionej z ekwipunku – nie chciał się niepotrzebnie obciążać, więc to, co mógł, pozostawił w wiosce. Obrał kierunek, który powinien doprowadzić go do jaskini, i po niedługiej przeprawie między wysokimi sosnami oraz świerkami ujrzał wyłaniające się zza roślinności skały. Skierował się tam żwawszym krokiem, zadowolony. W lesie było cicho. Siedem dni temu w Purdze panowała tak silna zamieć, że Lederg nie mógł nawet na chwilę wyściubić nosa zza drzwi szynku, w którym zajmował skromny pokój. Dziś nie było nawet wiatru, a jedyne dźwięki, jakie dało się słyszeć, to chrzęszczenie śniegu pod stopami i skrzypienie uginających się pod jego ciężarem gałęzi.

Jakiś cień poruszył się między drzewami rosnącymi przed jaskinią. Mag zatrzymał się. Zaskoczony faktem, że nie jest w tych okolicach sam, nabrał ostrożności. Wytężył wzrok i zwolnił kroku. Instynkt podpowiadał mu, by w miarę możliwości kryć się za pniami drzew i gołymi krzakami jeżyn. Widział nieznajomą postać coraz wyraźniej i jego zdziwienie z każdym oddechem rosło.

Za zwałami śniegu, który na tej części kontynentu topniał dopiero z końcem pory deszczowej, przed wąskim wejściem do groty krążył wychudzony chłopiec ubrany w podarte łachmany i z workiem zarzuconym na głowę. Rękami wepchniętymi w podziurawione rękawice zbierał i łamał gałęzie, prawdopodobnie na ognisko, które – jak zgadywał Lederg – musiało mieścić się wewnątrz groty.

Mag zawahał się i znów przystanął na chwilę. Skąd się tutaj wzięło dziecko, pół dnia drogi od wioski? Co miał znaczyć worek na jego głowie? Ogarnęły go złe przeczucia. Jednak prowadzony ciekawością badacza i troską, jaką budził w nim widok zmizerniałego dziecka, przemieścił się powoli wśród zarośli, by w końcu wyjść z cienia drzew.

Skrzypienie śniegu pod jego stopami przyciągnęło uwagę chłopca. Zadarł zakrytą workiem głowę i utkwił w magu spojrzenie szeroko otwartych oczu, które wyzierały z dwóch nierówno wyciętych otworów. Te oczy były nienaturalnie jasne. W przedzierającym się przez liście migotliwym świetle, które odbijało się od śniegu, sprawiały wrażenie srebrnych.

Lederg zdążył jedynie otworzyć usta, by coś rzec, a chłopca już nie było – natychmiast zniknął w ciemnościach groty. W trakcie ucieczki upuścił kilka gałązek.

Mężczyzna osłupiał. Przez moment nie wiedział, jak postąpić, ale zaraz się ocknął. Przecież nie mógł zostawić tego dziecka – z jakiegokolwiek powodu tu było – na pastwę losu. Przedostał się między drzewami do jaskini, przecisnął przez szczelinę i znalazł w mrocznym wnętrzu. Zdjął kaptur. Podkasał rękaw i przyzwał na dłoni wysoki na stopę płomień, by oświetlić sobie drogę.

Potarł powieki i przetoczył wzrokiem wokoło. Płomień posłusznie tańczył mu na dłoni, a po skałach przemykały fikuśne cienie. Sklepienie znajdowało się nisko, z rzadka zwisały z niego grube stalaktyty, lśniące od kropelek wody. Tunel, który wyłonił się z mroku tuż przed jego oczami, prowadził w dół, ale zbocze nie wydawało się strome. Lederg skierował się w jego stronę, ostrożnie stawiając stopę za stopą.

Po chłopcu nie został ani ślad. Nie dało się słyszeć jego kroków, echo nie przynosiło żadnych odgłosów. Było tak, jakby wyparował.

Mag pluł sobie w brodę, że go wystraszył. Był o to na siebie wściekły, mimo wszystko szedł dalej. Po pokonaniu jakichś dwustu stóp przedostał się do miejsca, gdzie grota znacząco się powiększała. Kiedy stanął pod jedną ścianą, nie był w stanie zobaczyć pozostałych, nawet jeśli wyciągał dzierżącą płomień rękę daleko przed siebie. Nie był więc pewien, gdzie teraz szukać, ostatecznie kontynuował przemieszczanie się wzdłuż tej samej ściany, aż po przejściu następnych kilkudziesięciu stóp natknął się na ślady obozu.

Z podłoża wystawało trochę skalnych słupów, które pięły się i łączyły ze sklepieniem. Pod jednym z tych filarów natury Lederg odnalazł płócienne szmaty – jedne zwinięte w kształt podgłówka, inne rozścielone, wyraźnie służące za posłanie. Nieopodal jeszcze syczało dopiero co ugaszone ognisko otoczone kamiennym kręgiem. Spomiędzy kamieni sterczały nad paleniskiem patyki z nabitym na nie oskórowanym królikiem. Na ten widok mężczyzna zaczął się zastanawiać, czy dziecko aby na pewno przebywa tutaj samo. Potrafił uwierzyć, że chłopiec – skądkolwiek pochodził – zaobserwował, jak dorośli przygotowują jedzenie nad ogniem, jednak nie umiał sobie wyobrazić dziecka samodzielnie i dokładnie sprawiającego zwierzynę.

Obszedł legowisko i kamienny krąg, błądząc spojrzeniem w poszukiwaniu śladów czyjejś obecności. Na jednym ze stalagmitów odnalazł nieduży bukłak ze skóry, uwieszony na konopnym sznurku.

Kiedy zamyślony oddalił się o kilka kroków, do jego uszu zaczął napływać szmer wody. Odwrócił się w kierunku, z którego dochodziły dźwięki, i wyciągnął rękę przed siebie. Wzmocnił nieco płomień i ruszył dalej.

W miarę jak pokonywał kolejne sążnie, odgłos się nasilał. Podobnie jak jego niepokój. Grota znów się zwężała. Lederg czuł się bezpieczniej, kiedy światło jego magicznej pochodni sięgało od ściany do ściany, a jednak mimowolnie robiło mu się duszno. Po pewnym czasie szmer wody stał się tak wyraźny, że mężczyzna miał pewność, iż blask płomieni za chwilę odbije się w krystalicznej tafli. Ujrzał jednak coś zgoła innego. I znieruchomiał, zdjęty strachem.

Patrzyła na niego para jarzących się jak rozgrzane węgle ślepiów. Demon stał na granicy oświetlonego przez płomienie terenu. Częściowo ukryty w mroku, a jednak wystarczająco blisko, by dotrzeć do maga jednym długim susem.

W myślach Lederga pojawiła się i otworzyła księga, którą studiował dawno temu. Tomiszcze w jego wspomnieniach ukazywało szkice opisane drobnym tekstem. Rysunki przedstawiały pomiot cienia – demona związanego z czarną magią. Czworonożnego, budową ciała przypominającego wielkiego psa. Otoczonego tuż przy skórze ciemną mgłą. Z długimi, czarnymi pazurami, zakrzywionymi jak u drapieżnego ptaka. O głowie osadzonej na długiej szyi – zwierzęcej głowie, a jednak z ludzką twarzą, wprawdzie bez nosa, za to z szerokim uśmiechem odsłaniającym ostre kły. Takie właśnie monstrum stało teraz naprzeciw niego…

Wypuścił z płuc wstrzymywany do tej pory oddech. Wykonał krok w tył, nie spuszczając pomiotu cienia z oczu. Ten nie poruszał się, przyglądając mu się z identyczną uwagą.

Przyspieszone bicie serca tętniło magowi w uszach. Nie miał odwagi choćby mrugnąć, bardzo powoli się wycofywał. Demon, sięgający mu głową pod pierś, ciągle nie atakował. Lederg zaczął dochodzić do wniosku, że musi on strzec przejścia. Cokolwiek znajdowało się dalej czy ktokolwiek krył się w głębi – pomiot cienia nie miał zamiaru przepuścić intruza. W końcu cieniste, płaskie wargi uniosły się i potwór przemówił skrzekliwym głosem. Słowa były dla maga niezrozumiałe, ale każde kolejne raniło go w uszy niczym kłujące igły.

Krzywiąc się z bólu, Lederg powoli oddalał się od demona. Miał ochotę zerwać się biegiem, ale uznał, że byłoby to nierozsądne. Nie powinien prowokować pomiotu i musiał mieć się na baczności, być gotowym na ewentualny atak. Wycofywał się więc stopniowo ku miejscu, w którym widział obóz, a demon niknął w mroku. Skrzekliwe zdania wypowiadane w obcym języku podążały za magiem, coraz mniej wyraźne.

Dopiero gdy znalazł się koło pozostałości ogniska, zdał sobie sprawę, jak szybko i płytko oddycha. Przełknął ślinę, nie miał odwagi się odwrócić. Nie chciał mieć demona za plecami. Pot spływał mu po czole, nogi plątały się i kilka razy niemal się przewrócił. Pozwolił sobie skierować twarz ku wyjściu dopiero, gdy dzieliło go od szczeliny jakieś sto stóp. Ale nawet wtedy nieustannie się za siebie oglądał.

Gdy wypadł na zewnątrz, prosto w oślepiający blask białego śniegu, od razu obrał kierunek na wioskę. Zgasił ogień na dłoni, zarzucił na głowę kaptur i poszedł zamaszystym krokiem, ani na moment się nie zatrzymując. Przyspieszone tętno jeszcze długo nie chciało się uspokoić. Do Purgi miał daleką drogę, a co za tym idzie – wiele czasu na rozmyślania.

Dotarł do wioski po zmroku. Zimno przenikało go do kości, a wśród skupiska głównie drewnianych chat królowały pustki. Zasypanymi ścieżkami nie przemieszczał się ani przechodzień. Pochodnie paliły się tylko przed jednym podłużnym domostwem połączonym z oborą, należącym do starszyzny osady. Za pozamykanymi okiennicami pozostałych siedlisk gdzieniegdzie pobłyskiwały słabe światła. Z szynku znajdującego się bliżej centrum Purgi dochodziło echo rubasznych rozmów. Skierował się tam, a kiedy mijał kapliczkę poświęconą Nive, wykonał kilka nerwowych ukłonów.

Gdy już znalazł się wewnątrz, konwersacje ucichły i wszystkie pary oczu powędrowały w jego stronę. Chłopi nadal podchodzili do niego z nieufnością, mimo że przebywał w wiosce już wiele dni. Stojąc w progu, skinął głową, pozdrawiając wszystkich obecnych. Jedni pomruczeli coś pod nosami, inni po prostu się odwrócili, by kontynuować swoje rozmowy, teraz już przyciszone. Tylko szynkarka nadal nie spuszczała go z oczu.

Przywyknął już do takiego traktowania. Wyminął siedzących przy ławach wieśniaków, krocząc ku schodom prowadzącym na piętro. Rzucił okiem na prostokątne, otoczone niewielkimi kamiennymi bloczkami palenisko w centrum pomieszczenia. Na stojaku, wykonanym z dwóch solidnych belek i wbitego między nie pręta, wisiały dwa kotły. Do nosa Lederga dotarł zapach zupy rybnej, do ust napłynęła ślina. A jednak zrezygnował z wieczornej strawy. Był zbyt zdenerwowany, przejęty tym, co go spotkało, a nieprzyjemna atmosfera nie zachęcała do pozostania wśród miejscowych.

Na piętrze znajdowały się dwie małe izby przeznaczone dla z rzadka zjawiających się gości. Zamknąwszy za sobą drzwi jednej z nich, mag zrzucił z siebie wierzchnie odzienie i usiadł na łóżku. Po całym dniu wędrówki był wykończony i przemarznięty, ale wiedział, że jeszcze długo nie zmruży oka. Przyciągnął pod nogi drewnianą skrzynię z płaską pokrywą i rzucił na nią wyciągnięty z sakwy notatnik, niemal przewracając kałamarz, który wcześniej tu pozostawił. Utkwił spojrzenie w piórze leżącym tuż obok. Pulsowało mu w skroniach. Przez całą drogę do wioski próbował pozbierać myśli.

Słyszał doniesienia o pomiotach cienia, o ich przygodnych atakach na podróżnych i kilku rzeziach dokonanych w wioskach. Sam spotkał się z demonem pierwszy raz i nadal nie potrafił wygonić z głowy obrazu czerwonych ślepi osadzonych głęboko na płaskiej, upiornej twarzy. Złapał za pióro, chcąc zanotować wszystko, czego był świadkiem, i popadł w zwątpienie. Czy dobrze postąpił? Czy nie powinien chociaż spróbować zlikwidować potwora? Co, jeśli pomiot cienia wyjdzie ze swojej kryjówki i zaatakuje mieszkańców Purgi? Zdawał się czegoś strzec, możliwe, że nie miał zamiaru opuszczać mrocznego legowiska, ale mag obawiał się, że to tylko jego własne złudzenie. Raptem powróciła do niego myśl o dziecku, o którym w całym tym stresie zapomniał. Zimno spełzło mu po kręgosłupie. Czy zostawił tego chłopca na łaskę demona, skazał go na śmierć?

Szkicując pomiot, zastanawiał się nad tym, skąd on mógł się tam wziąć. Istniały tylko dwie możliwości: albo sam wypełznął z głębokich podziemi, albo został przyzwany przez czarnego maga…

Pióro na moment zawisło nieruchomo nad pergaminem. Do głowy Lederga wpadła pewna myśl, lecz na razie ją odgonił, nie chcąc nawet rozważać tej możliwości.

Obudził się, gdy tylko zaczęło świtać. Skronie zrosił mu pot – pozostałość po koszmarach, które towarzyszyły mu do połowy nocy, kiedy wreszcie z trudem zasnął. Zanim poprzedniego wieczora udał się na spoczynek, zszedł jeszcze do baru. Spojrzenia, które dotąd były przepełnione jedynie podejrzliwością, stały się zimne i wrogie. Zbywali go milczeniem, wzruszali barkami albo z przekonaniem odpowiadali, że nic nie wiedzą o żadnym chłopcu, że żadne dziecko z wioski nie zniknęło. Najdziwniej zachowała się szynkarka, która usłyszawszy jego rozmowy z innymi, z przerażenia wytrzeszczyła oczy, wymieniła kilka słów z właścicielem przybytku i ulotniła się w pośpiechu. Lederg nie chciał śledzić jej po nocy, by nie narazić się na jeszcze większą wrogość, dlatego odłożył rozmowę z nią na później.

Miał nadzieję, że kobieta pojawi się dziś w swoim miejscu pracy, i już układał w głowie pytania, jakie jej zada. Musiał być bardzo taktowny i ostrożny, by jeszcze bardziej jej nie wystraszyć.

W rogu izby, na wysłużonym taborecie, stało wiadro zimnej wody. Lederg obmył twarz z potu i oczyścił skórę mokrą płócienną szmatą. Kiedy nałożył na siebie dzienne szaty, do jego uszu dotarł zgiełk. Kobiecy wrzask sprawił, że włosy stanęły mu dęba. Otworzył okiennice i wyjrzał na zewnątrz.

Na ścieżce przed przybytkiem panowało spore zamieszanie. Gromada ludzi otaczała ciemnowłosą szynkarkę. Jeden z mężczyzn popchnął ją i z płaczem padła w śnieg. Przez ciżbę przebiła się starucha, najważniejsza ze starszyzny. Dopadła do kobiety, złapała ją za ramiona, po czym z niespodziewaną siłą uderzyła w twarz. Pozostałe członkinie starszyzny, tylko nieco młodsze, ze zgorszeniem kręciły głowami.

Lederga opanowała wściekłość, krew nabiegła mu do twarzy, tętno przyspieszyło. Nie zastanawiając się zbyt długo, wybiegł z pokoju, w pośpiechu wciskając ramiona w rękawy ciężkiego wierzchniego odzienia. Na parterze nie było nikogo – jak nigdy. Nad wygaszonym paleniskiem wisiały opróżnione kotły.

Wypadł z szynku i ruszył na ciżbę. Złapał jakiegoś wieśniaka za bark i odepchnął go. To samo zrobił z następnym, ale jeszcze kolejny nie dał się tak łatwo. Odwrócił się i uderzył maga rękami w pierś, odpychając go.

– Nie wtrącajcie się! – krzyknął chłop.

Lederg zacisnął pięści, mierząc go wzrokiem.

– Co się tu wyprawia? – zapytał zimno.

Uwaga ciżby skoncentrowała się na nim, otoczyli go, na razie pozostawiając płaczącą w śniegu kobietę.

– To nie wasza sprawa, przybyszu. – Wyszła mu naprzeciw starsza wioski, siwa, chuda kobieta o twarzy naznaczonej głębokimi zmarszczkami i bliznami po ospie. Miała na sobie ciężkie korale. – Odejdźcie zająć się swoimi sprawami.

– Właśnie się nimi zajmuję. – Mag przetoczył wzrokiem po niespokojnym tłumku, by ostatecznie utkwić go w skulonej szynkarce. – Czym ta kobieta zasłużyła sobie na takie traktowanie?

– Kobieta, panie?! – wybuchnął nagle jeden z mężczyzn. – Toż to demoniczna nierządnica! Przekleństwo sprowadziła na naszą wieś, teraz musi przejąć je na własne barki!

Kolejny wieśniak, zainspirowany przemową towarzysza, rzucił się w stronę szynkarki, by chwycić ją za włosy.

– Przeklęta kurwo, musisz zrobić, co do ciebie należy!

Lederg wyciągnął rękę i chwycił chłopa mocą telekinezy. Wykonując zamaszysty gest, oderwał go od kobiety i rzucił nim w zaspę. Tłumek przepełniły okrzyki oburzenia i przerażenia, część wieśniaków wycofała się. Ci, którzy nieustępliwie zagradzali magowi drogę, wkrótce rozstąpili się pod naporem fal telekinezy.

– Póki tu jestem i póki nie dowiem się, czego chcecie od tej kobiety, nikt nie położy na niej nawet palca. – Lederg zasłonił nieszczęsną ofiarę i niedługo potem poczuł, jak drżące ramiona obejmują mu kolana; krucha sylwetka przycisnęła się do jego nóg.

Starsza wioski z niesmakiem patrzyła na tę scenę, jednak nie odważyła się podejść bliżej. Rozejrzała się w poszukiwaniu wsparcia, lecz ciżba nie była już tak zbita, kobiety wycofały się daleko, mężczyźni pobledli ze strachu.

– Panie magu, nie wiecie, z czym macie do czynienia – wycedziła starucha. – Pomagając tej przeklętej dziewce, sprowadzacie na siebie nieszczęście. I kto wie, czy nie na nas!

– Nie sądzę, bym mógł wywołać zło większe od tego, które wyrządzacie tu sami. – Przeniósł wzrok na przyczepioną do siebie kobietę i przybrał łagodniejszy wyraz twarzy. – Powstań, dziewczyno. Nic ci nie grozi.

Patrzyła na niego para przepełnionych łzami oczu, ale z jakiegoś powodu nie ogarnęło go współczucie. W młodej twarzy szynkarki tkwiło coś niedobrego. Nie chciał oceniać na podstawie przeczuć, tym bardziej po tym, czego właśnie był świadkiem, ale nagle nie mógł oprzeć się wrażeniu, że kobieta wcale nie zasługiwała na ratunek. Mimo wszystko pomógł jej wstać i przytrzymał za ramię, bo ledwo trzymała się na miękkich nogach. Uczepiła się go mocniej i niczym zaszczute zwierzę łypnęła w stronę starszej wioski.

– Matko, on to może zrobić – wymamrotała.

Lederg wyprostował się, nie rozumiejąc. Starucha nazywana matką przez wszystkich mieszkańców Purgi patrzyła gniewnie.

– Oto, jak się wam odwdzięcza! – zagrzmiała zachrypniętym głosem. – Ostrzegałam was, panie!

– Matko! – zawyła kobieta, raptem rzucając się do kolan staruchy, która natychmiast się odsunęła i splunęła. – Czemu narażać kogokolwiek z wioski?! Obcy może to zrobić, włada magią, odpędzi od siebie nieszczęście!

– Tchórzliwa dziewko. – Starsza drgnęła w stronę szynkarki, ale zatrzymała się pod srogim spojrzeniem maga. – To twoje dziecko. Ty musisz je zabić.

Lederg wstrzymał oddech. Zgromadzeni zaczęli coś wykrzykiwać, ale nie zrozumiał, bo jego myśli uciekły gdzieś daleko.

– Co to ma znaczyć? – odezwał się w stłumiony sposób, kiedy okrzyki już ucichły.

– Błagam, matko! Dajcie mi szansę wyjaśnić! Niech obcy się tym zajmie, dla dobra naszej wsi!

Starucha powiodła wzrokiem po ciżbie, wśród której przetoczyły się szepty i kilka przekleństw. Niechętnie skinęła głową.

– To twoja ostatnia szansa na odkupienie, nałożnico demonów.

Kobieta zaprowadziła maga do swojej chaty. Niewielkie domostwo podzielone było na dwie izby. Zgadując po smrodzie i dobiegających zza ściany odgłosach, w jednej z nich musiały być co najmniej dwie świnie. Kobieta wyjaśniła, że jej mąż jest rzeźnikiem.

– Zamiast udzielać pomocy mężowi, pracujesz u boku szynkarza? – zapytał Lederg, siadając na ławce długiej na szerokość izby, która dzieliła pomieszczenie na dwa niby‑segmenty.

W jednym z nich znajdował się w rogu piec z gliny i kamieni, w pobliżu którego rozsypano stertę drewna i rozrzucono worki, w większości puste. W drugim umiejscowiona została prycza, całkiem solidna ława zastawiona glinianymi naczyniami, plecione kosze i nieduża skrzynia.

– Muszę, panie. – Kobieta przysiadła na skraju siennika, opuściła głowę. – Mąż skąpi mi nawet jedzenia. A i tak jest łaskawy, że pozwala mieszkać ze sobą pod jednym dachem. Szynkarz niedawno stracił żonę, potrzebna mu była dodatkowa para rąk do pracy.

Lederg pokiwał głową, coraz pewniejszy swoich podejrzeń.

– Jak ci na imię? – Postanowił zacząć tę rozmowę łagodnie.

– Szebora, panie. Ta, która zawsze podejmuje walkę.

Zdradzanie znaczenia swojego imienia, jeśli imię takowe miało, było zwyczajem panującym wśród niektórych prowincji Nivelos, choć nie zawsze chętnie praktykowanym. Ci, których miana nie hołubiły dobrych cech, a raczej wspominały o złych, zwykle odchodzili od owej praktyki w nadziei, że rozmówca nie zna starego, zanikającego już języka wystarczająco dobrze. Sam Lederg należał do tych, którzy cierpieli przez nadane im miano.

– Szebora – powtórzył. – Powiedz mi, proszę: czy dziecko, które widziałem w jaskini na wschód stąd, jest twoim synem?

Poruszyła się niespokojnie, skuliła, jakby szykowała się na przyjęcie ciosu.

– Tak, panie.

– Czemu jest tam, a nie tutaj, z tobą?

Szebora ukryła twarz w dłoniach, zaczęła drżeć.

– Panie, to dziecko jest przeklęte jeszcze bardziej niż ja – przemówiła jękliwie. – Włada czarną magią! Musieliśmy je przepędzić!

Lederg przysunął się bliżej pieca, chociaż przenikającego go teraz zimna nie przegoniłby żaden ogień.

– Jak długo…? Od jak dawna dziecko tam przebywa?

– Płynie już trzecia faza, odkąd przegnaliśmy tego potwora – wycedziła kobieta. – Na Nive i wszystkich bogów! Sądziliśmy, że dawno już zdechł.

Mag poczuł ogromną ochotę, by uderzyć kobietę, którą parę chwil temu sam ratował przed przemocą.

– Czemu starsza zażądała dziś, byś go zabiła?

Kobieta podniosła na niego wzrok. W jej oczach błysnął gniew.

– To wszystko przez was, panie. Gdybyście tu nie przybyli, gdybyście nie zaczęli wypytywać… Nikt się nie spodziewał, że to małe monstrum przeżyje do tej pory.

Lederg wpatrywał się w kobietę srogo, ale kontynuowała niespodziewanie śmiało:

– Widzicie, panie, wiedzieliśmy, że ten potwór jest przeklęty, od chwili narodzin. Jego twarz… była skażona.

– Skażona?

Worek na głowie – przypomniał sobie mężczyzna. Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby czarni magowie byli zewnętrznie naznaczeni czy okaleczeni. Nie potrafił więc sobie wyobrazić, o czym dokładnie może mówić matka dziecka.

– Och, panie, nie chcecie tego zobaczyć! – zawołała kobieta, krzywiąc się z wielką odrazą. – Nie mogę zapomnieć, jak przyciskałam tę wstrętną małą główkę do własnej piersi! Bogowie, a potem pojawiły się te… obrazy, wizje. Jak tylko się go dotknie… Nie zrozumiecie, panie, sami musicie się przekonać. Wtedy pojmiecie, dlaczego chciałam udusić to monstrum własnymi rękami, żeby zgniło! Ale nie mogłam. – Nagle zaniosła się płaczem. – Nie mogłam, bo przecież doprowadzenie do śmierci dziecka… na dodatek własnego, bogowie! Jakie nieszczęście by to na mnie sprowadziło? Na całą wioskę! Więc odchowaliśmy tego potwora. Jak tylko wystarczająco podrósł, trzymaliśmy go w izbie dla zwierząt, zamykaliśmy go tam, by nie szwendał się po wiosce i nie straszył ludzi, ale on zawsze uciekał! Chował się w opuszczonej stajni, a gdy śniegi topniały, spędzał tam nawet noce.

Lederg nie potrafił wydusić słowa. Strach przed czarną magią nawet w połowie nie usprawiedliwiał postępowania, o jakim opowiadała mu ta kobieta. Gotowało się w nim, a jednak słuchał dalej.

– Za długo pozwalaliśmy mu żyć pośród nas – kontynuowała, głośno pociągając nosem. – Kiedy obudziły się w nim te… magiczne moce, starszyzna postanowiła, że musimy zaryzykować. Że nie możemy dłużej go tu trzymać. Należało go wygnać i modlić się, by bogowie nie obwinili nas za jego śmierć.

– Ile cykli ma to dziecko? – Lederg wpatrywał się w przestrzeń przed sobą; ledwo przeciskał słowa przez gardło.

– Sześć, panie.

Wcześnie – pomyślał. Zwykle magiczne zdolności budziły się u dzieci po ósmym do dziesiątego cyklu. Choć moce płynęły w żyłach magów od urodzenia, potrzebowały czasu, by się aktywować.

– Czy jesteś pewna, że magia, której dziecko zaczęło używać, jest czarna?

– Panie, nie dało się jej z niczym innym pomylić. Czarny ogień na jego rękach, z niebieską poświatą. I te… bogowie, cóżkolwiek to jest, mógłby tym rozpruć, rozszarpać na kawałki!

Lederg poczuł, że ręce zaczynają mu drżeć. Zacisnął je na kolanach. Przed oczami stanął mu pomiot cienia strzegący tunelu w jaskini. To ten chłopiec przyzwał demona – pomyślał ze zgrozą.

– Czy oprócz czarnej magii… zaobserwowaliście coś jeszcze?

Kobieta kiwała głową, ocierając łzy z policzków.

– Rzucał przedmiotami, podnosił nawet te dużo cięższe od siebie, nie dotykając ich! A kiedy za którymś razem mąż zbił go za to do krwi, on poświecił na siniaki blaskiem bijącym mu z rąk, i zniknęły!

Telekineza i zdolności uzdrawiające? – zdumiał się w myślach Lederg. Nie spotkał nigdy wcześniej maga, który posiadłby władzę nad więcej niż jedną magiczną zdolnością umysłu. Jeden żywioł, jedna zdolność – taka była zasada. Podniósł się z miejsca z dłońmi zaciśniętymi w pięści.

– A więc uznaliście, że skoro to dziecko nadal żyje, jednak trzeba wziąć sprawę w swoje ręce?

Kobieta skuliła się jeszcze bardziej pod spojrzeniem, którym ją obdarzył. Pokiwała głową.

– Starsza była wściekła. Wszyscy sądzą, że po kryjomu pomagałam dziecku przetrwać. Jak mogłabym to robić?! A jednak starsza zażądała, bym je zabiła, ściągając gniew bogów na siebie. To okrutne! – zawyła, a Lederg poczuł do niej wstręt. – Dlaczego mam narażać się na nieszczęście, dlaczego? Czy niewystarczająco wycierpiałam, zmuszona odchować tego potwora?! Czy niewystarczająco cierpiałam, znosząc oskarżenia o spółkowanie z demonami?!

Mag pomyślał, że to bardzo ironiczne, że wioska rządzona przez kobiety w pierwszej kolejności szuka winy u jednej z własnego grona. Z pewnością przez myśl im nie przeszło, że to mąż Szebory mógł zawinić. Pewnie uznano go za ofiarę okrutnego losu. Lederg natomiast sądził, że wina prawdopodobnie leży po niczyjej stronie.

– Pozwól, że w czymś cię uświadomię, kobieto. Nawet ty musisz wiedzieć o Varanside. – Gdy roztrzęsiona szynkarka pokiwała głową, tłumaczył dalej: – Najpewniej wierzysz, że to od niej pochodzi czarna magia. A czy wiesz, jak ją przekazuje? Jeśli nie przez lędźwie swoich czarnych magów, krąży po świecie w postaci niewidzialnej energii. Krąży i może naznaczyć każde ludzkie dziecko, zarówno narodzone, jak i to noszone jeszcze pod sercem. Tak właśnie stało się z twoim: zostało dotknięte, gdy jeszcze byłaś brzemienna.

Szebora spoglądała na niego bez zrozumienia, szklącymi się oczami. Mag odwrócił głowę, nie mogąc na nią patrzeć.

– Zmierzam do tego, że zrodzenie czarnego maga nie musiało wiązać się z żadnym spółkowaniem. Warto, byś uświadomiła w tym resztę.

– Panie… Oni nie pojmą, nie uwierzą, a wy… Jesteście magiem. – Kobieta pochyliła głowę i uczepiła się jego szaty. Natychmiast wyszarpnął materiał z jej rąk. – Błagam was, panie… Zdejmijcie ze mnie to brzemię. Jeśli go nie zabiję, cała wieś mnie wyklnie. Jeśli zaś zrobię, czego chcą, spadnie na mnie gniew bogów. A wy…

– Mogę go zabić i uniknąć kary? – wtrącił się szorstko.

– Wy przynajmniej macie szansę się obronić!

Lederg chciał dziękować losowi za przekonania, jakimi kierowali się mieszkańcy wioski – dziecko przeżyło do tej pory tylko z powodu wiary w to, że mordercę spotka wielkie nieszczęście – lecz był wściekły. Wściekły na cały świat, wiedział bowiem, że nie tylko ci ludzie są gotowi zabijać ze strachu przed czarną magią. Wiedział, że gdyby to dziecko urodziło się gdziekolwiek indziej, spotkałby je taki sam albo nawet i gorszy los. Sam również się bał. Zdawał sobie sprawę, że chłopiec, któremu teraz z całego serca współczuł, w przyszłości mógł stać się niebezpiecznym szaleńcem.

– Czy dziecko ma jakieś imię? – zapytał, nie patrząc na Szeborę.

– Panie?

– Czy jesteś głucha, kobieto? Pytałem o imię dziecka.

– Starszyzna nie zgodziła się naznaczyć go imieniem, ale… – Siennik zatrzeszczał, kobieta kręciła się na miejscu nerwowo, jakby wzbraniała się przed wypowiedzeniem jakiegoś bezeceństwa. – Namir… Kiedy jeszcze nosiłam tego potwora w swoim łonie, nie wiedząc, czym jest, chcieliśmy nadać mu imię Namir. Ten, dzięki któremu nastanie pokój.

– Namir… – Lederg skrzywił się z goryczą.

– Tak. – Kobieta była zgorszona, głos nadal jej drżał, choć opanowała już płacz. – A jednak to tylko potwór niosący zło.

Mag odwrócił się gwałtownie, a kobieta jęknęła i zasłoniła się. Zamrugał… Mimo wszystko zawstydził się sam przed sobą, że już drugi raz zapragnął ją uderzyć. Ale nie potrafił, nawet pomimo całej głębokiej odrazy, jaką do niej żywił.

– Zajmę się twoim synem. – Gestem powstrzymał kobietę, która ponownie chciała uczepić się jego szat. – Źle mnie zrozumiałaś. Nie mam zamiaru go zabijać. Żadne z was również tego nie zrobi. Spokojnie, poinformuję starszą o swoich planach. Zabiorę dziecko daleko stąd. Może wtedy twój los się odmieni, chociaż nie jestem pewien, czy na to zasługujesz.

***

Lederg powrócił w okolice jaskini jeszcze tego samego dnia. Na miejsce dotarł koło południa. Zanim zdecydował się wejść do groty, przeszukał pobliski bór, jednak po chłopcu nie było żadnego śladu.

Kiedy przemierzał głuche, ciemne tunele, tak jak poprzednio oświetlał sobie drogę płomieniem przyzwanym w dłoni. Wytężał wzrok pełen skupienia i napięcia. Spodziewał się znów spotkać demona i nie miał pewności, czy tym razem nie zostanie przez niego zaatakowany.

Miejsce, w którym poprzednio natknął się na pozostałości obozu, dziś było opustoszałe. Przemierzał przestrzeń wzdłuż i wszerz, aż dotarł do ścian, których wcześniej nie miał okazji zobaczyć. W podziemiach tracił poczucie czasu. Nie wiedział, ile zajęło mu przeszukiwanie tej obszernej części jaskini, lecz kiedy był już pewien, że zbadał każdy zakamarek, musiał na chwilę zgasić płomień, by odzyskać siły.

Właśnie wtedy, otoczony nieprzeniknionymi ciemnościami, usłyszał ciche stukanie. Wstrzymał oddech, próbując namierzyć kierunek, z którego dochodził dźwięk. Cokolwiek wydawało odgłos, zbliżało się i wkrótce zaczęło krążyć wokół niego. Widziało go, w tym kompletnym mroku miało nad nim przewagę.

Lederg miał świadomość, że jego magiczne siły są częściowo nadwyrężone, więc tym razem zapalił między palcami tylko skromny płomyczek. To jednak wystarczyło… Zobaczył cień przemykający na granicy poświaty i ciemności, a potem świecące jak żar oczy. Potworne ślepia wyglądały na niego z mroku. Usłyszał zgrzyt długich pazurów po skalnym podłożu.

Przełknął ślinę, przez jakieś dwa oddechy pozostawał w bezruchu. Demon przemówił tym samym skrzekliwym tonem co poprzednio, wypowiadał te same niezrozumiałe słowa. Mag bardzo powoli uniósł wolną od płomienia rękę. Trzymając ją wyciągniętą w kierunku monstrum, zaczął się pochylać. Czerwone oczy przypatrywały mu się wrogo.

– Strzeżesz chłopca, prawda? – wydusił, sięgając po sakwę, którą rzucił na ziemię, kiedy zatrzymywał się na odpoczynek. – Chcę mu tylko coś przekazać.

Pomiot cienia przemieścił się wprzód, oczy zbliżyły się, lecz nadal nie przekroczył granicy, którą wydzielało światło bijące od płomyka na ręce maga. Ten wsunął dłoń do sakwy i ostrożnie wyciągnął z niej zawinięty w płótno pakunek.

– Świeże ubranie, trochę jedzenia i woda – wyjaśnił, zmuszając się do patrzenia prosto w ślepia demona, co przychodziło mu z trudem.

Prowiant i czyste odzienie zdobył od wieśniaków, a właściwie wymusił na nich, by zorganizowali małą zbiórkę. Mógłby im zapłacić, Akademia w pełni finansowała bowiem jego podróże badawcze i miał przy sobie jeszcze sporo enarów. Jednak pamiętając o okrucieństwie, jakiego dopuścili się mieszkańcy Purgi, uznał, że nie warto tracić na nich pieniędzy. Utwierdził się w tym przekonaniu, kiedy przynieśli mu stare łachmany zamiast nowych ubrań, twardy jak kamień chleb i nadgniłe kawałki sera. Cisnąwszy te produkty mocą telekinezy, szybko uświadomił „darczyńców”, że nie takiej zbiórki oczekuje. Drugi raz nie popełnili tego samego błędu, lecz słyszał, jak mamrotali pod nosem, że marnotrawią jedzenie na dokarmianie potwora.

Teraz przed magiem stał prawdziwy demon, który wynurzył z cienia łeb i wyciągnął długą szyję. Mięśnie pod skórą Lederga napięły się, oddech nieznacznie przyspieszył. Gdyby chciał na stwora zapolować, miał go na wyciągnięcie ręki. Był jednak zmęczony i tak samo wystawiony na atak, ponadto niepewny, czy chce likwidować pomiot przyzwany przez chłopca. Przynajmniej nie teraz i nie w ten sposób.

Demon pochylił głowę, przycisnął płaską twarz do leżącego na ziemi pakunku. Zdawało się, że bada jego zawartość, obwąchuje. Potem pochwycił zawiniątko w zęby i uniósł je. Przed oczami maga ziścił się groteskowy widok. Wyszczerzone na upiornie ludzkiej twarzy kły wbijały się głęboko w materiał. Lederg miał nadzieję, że pomiot niczego nie uszkodzi.

– Jestem przyjacielem, nie wrogiem – szepnął.

Demon przez mrożącą krew w żyłach chwilę dręczył go wzrokiem, po czym wycofał się w głęboką ciemność jaskini. Stukanie pazurów o skalne podłoże oddalało się. Gdy Lederg przestał je słyszeć, osunął się na kolana i otarł pot z czoła.

2 myśli na temat “Witajcie w Świecie Mestyrii

  1. Martyno, dziękuję ślicznie, że wspomniałaś o mnie w tej publikacji na blogu :). Współpraca z Tobą to szczera satysfakcja: wszystkie dialogi prowadzisz rzeczowo i konstruktywnie, talent literacki i serce do pisania pięknie wspierasz racjonalnym, nielękającym się wytężonej pracy myśleniem… Dziękuję Ci za naszą współpracę i trzymam kciuki za Twój dalszy rozwój pisarza, a Twoim czytelnikom życzę przyjemnej lektury :). Pozdrawiam serdecznie :).

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s